← Artykuły2026-07-25

Piekarski trójkąt bermudzki

Kilka dni temu zapowiedzieliśmy serię wpisów poświęconych aferze śmieciowej w Piekarach Śląskich. Czas na ciąg dalszy. Ale żeby zrozumieć całą historię, należy wrócić do samych jej początków.

Na co komu rekultywacja?

Upadające huty i kopalnie pozostawiały po sobie znacznie więcej niż wyrwę na rynku pracy. Degradacja środowiska to pozostałość po przemyśle, z którą musimy się mierzyć – mimo, iż tamtych kopalń i hut już dawno nie widzimy. Ale hałdy pozostały.

Podczas eksploatacji złóż z każdego szybu wydobywano także ogromne ilości materiału, który do dalszej obróbki się nie nadawał i lądował właśnie tam. Mowa tu o gigantycznych składowiskach, zawierających całą gamę pierwiastków uważanych bynajmniej nie za witaminy – w tym rakotwórczy ołów i kadm.

Wystarczy spojrzeć na mapy zanieczyszczenia gleby i wód na Śląsku. Nawet te najnowsze pokazują dramatyczne odczyty (screeny w komentarzu).

Powstało więc pytanie: co z tym fantem zrobić? Tereny zdegradowane działalnością przemysłu należy poddać rekultywacji, czyli – inaczej mówiąc – przywrócić do stanu używalności. Tylko w ten sposób można je odzyskać dla społeczeństwa i ponownie wykorzystać w przyszłości.

Epicentrum problemów

Jak to wygląda w naszym mieście? Terenów poprzemysłowych jest sporo, ale najważniejsze wątki krzyżują się między ulicami Konarskiego, Roździeńskiego i Bednorza.

Chodzi o tereny po dawnych Zakładach Górniczo-Hutniczych Waryński oraz Orzeł Biały. Tuż obok znajdowały się również zabudowania zlikwidowanej w latach 2006-2014 Kopalni Andaluzja, po której nie ma już śladu.

To swoisty piekarski trójkąt bermudzki. Gigantyczny teren w środku miasta o rozmiarach dzielnicy (co dobrze pokazuje załączona mapa) z olbrzymim skażeniem gleby.

Ziemie te należały w zdecydowanej większości do Skarbu Państwa – m.in. do Spółki Restrukturyzacji Kopalń, która nie kwapiła się jednak do ponoszenia kosztów związanych z rekultywacją. Mniej więcej w okolicach 2009 roku SRK zaczęła przekazywać te ziemie w prywatne ręce. Teren jest tak rozległy, że nie przejmuje go jeden podmiot. Konkretnych kwot nie znamy, ale zgadujemy, że były to dość atrakcyjne oferty.

Teoria zderza się z praktyką

Po przejęciu prywatni właściciele zwracali się do odpowiednich instytucji o pozwolenia na zagospodarowanie tego, co na tych ziemiach jest. Bo jednak coś z hałdami zrobić się da – materiał z ich rozbiórki jest używany chociażby jako kruszywo pod budowę nowych dróg.

Na teren wjeżdżają więc ciężkie maszyny rozdrabniające urobek, a hałdy zaczynają topnieć. I tutaj dochodzimy do kluczowego punktu całego procederu, gdyż te wolne miejsca należy wypełnić czymś „w zamian”, żeby szkodliwe pierwiastki obecne w glebie nie uwalniały się do atmosfery.

Na miejsce zwożony jest gruz, ziemia, resztki ceramiki. Wedle deklarowanych kodów nic z tego nie należy do odpadów niebezpiecznych. W teorii idziemy w dobrym kierunku. Ogromne połacie ziemi nieużytecznej mają stać się miejscem, gdzie za jakiś czas będziemy mogli zacząć rozwijać usługi, produkcję, może i jakiś przemysł, ale już lżejszy niż kilkadziesiąt lat temu.

Jednak coś tu nie gra. Dookoła tych terenów zaczyna unosić się fetor. Skarżą się na niego mieszkańcy.

Rekultywacja po piekarsku

Mieszkańcy zaczynają rok po roku coraz bardziej odczuwać skutki trefnych rekultywacji. Najpierw zapach, ale później prywatne dochodzenia wykazują, że pod warstwą legalnej ziemi czy gruzu kryją się tony śmieci i szkodliwych odpadów, które – zamiast wysypisk – trafiają nielegalnie na rekultywowane tereny. W końcu gospodarowanie odpadami kosztuje – wysypisk jest mało, a śmieci coraz więcej.

Skala procederu zaczyna być gigantyczna. Wszystko przyspiesza do niewiarygodnych rozmiarów w okolicy 2015 roku i trwa do dziś.

Instytucje państwa bezradnie rozkładają ręce. Kolejne postępowania są umarzane, dochodzi do błędów proceduralnych, a problem zamiast znikać – narasta. Jakby tego było mało, na nieodległej działce przy ul. Konarskiego 2 pojawiają się odpady chemiczne.

Dlatego też obecnie rozmowa o „rekultywacji po piekarsku” jest tak trudna. Pod pojęciem afery śmieciowej mieszają się różne miejsca, podmioty i sprawy.

Ich efekt jest jednak taki sam – tereny miasta zamieniają się w wysypisko śmieci, stanowiące zagrożenie dla środowiska oraz mieszkańców.

W kolejnych wpisach krok po kroku uporządkujemy poszczególne wątki i przyjrzymy się każdej z tych spraw osobno, żeby nie wrzucać wszystkiego do jednego worka – zwłaszcza gdy chodzi o śmieci.